Ocena użytkowników: / 7
SłabyŚwietny 
Czarnogóra
wtorek, 07 lipca 2009 23:47
Michał Byliniak   

Czarnogora-Zachod zatoki

 

CZARNOGÓRA

Jadąc do Czarnogóry nie spodziewałem się rewelacji,  bo czego można się spodziewać po państwie,  którego liczba ludności nie przekracza liczby ludności mieszkańców Łodzi, a 1/5 mieszkańców mieszka w stolicy? Wyobrażałem sobie rolniczy, spokojny kraj, w którym struktury plemienne są podstawą  systemu politycznego. Widziałem ten kraj mniej więcej tak, jak Amerykanie widzą Polskę.

 

Po przekroczeniu granicy Chorwacko – Czarnogórskiej musiałem jednak mocno zweryfikować swój pogląd. Kilka dni które spędziłem nad wybrzeżem z grupą znajomych pozostawiło wspaniałe wspomnienia i chęć powrotu w te malownicze rejony.

Czarnogora-PoludniePaństewko, bo tylko tak można nazwać Czarnogórę powitało mnie wyjątkowo gładkim asfaltem, po doświadczeniach Bośni wywołało to pewien niepokój, ale w końcu „trzeba być twardym”. Odwiedzając Czarnogórę skupiłem się przede wszystkim na jej wybrzeżu. Droga wzdłuż morza okazała się bardzo przyjemna, piękne widoki niezakłócone przemysłową budową uprzyjemniały podróż.

Celem podróży była Zatoka (Boka) Kotorska – jak przeczytałem w internecie „jedyny nieskandynawski naturalny fiord w Europie”. Odwiedzając państwo w skali mikro, spodziewałem się równie „potężnego” fiordu. Tu jednak pozytywnie się rozczarowałem.  Dojeżdżając do miasta Herceg Novi zobaczyłem olbrzymie jak na tę skalę 1200- metrowe, wapienne góry schodzące prosto do wody. Zapowiadała się niezła przygoda.

Ponieważ nasza ekipa podzielona była na dwa samochody  postanowiliśmy sprawdzić dwie drogi dookoła zatoki. Naszym celem był Kotor – miasto położone na samym jej końcu. Pierwsza ekipa wybrała drogę od strony zachodniej, wiodącą u podnóża gór, kilkanaście metrów od wody, przyjemną i miłą trasę turystyczną. Druga ekipa, której byłem członkiem postawiła na nieznane – wybraliśmy podróż promem na drugi brzeg zatoki. Oczekiwanie na prom zajęło nam 10 minut, co pozwoliło naszym znajomym uzyskać sporą przewagę i postawiło nas na przegranej pozycji w wyścigu do miasta. Jednak 5 minut po odbiciu od brzegu przestaliśmy żałować naszej porażki.  Podróż bądź co bądź starawym i przeciążonym promem zapewniała odpowiednią dawkę adrenaliny, a wysepki na zatoce cieszyły oczy.  Uznałem że pomimo całej swojej sympatii do Skandynawii fiord w którym temperatura wody w lecie oscyluje w okolicach 30° jest mi znacznie bliższy.

Czarnogora-Widoczki z promuPo dotarciu do drugiego brzegu myślałem że to już koniec ekstremalnych emocji związanych z nieco trzeszczącym promem. Tu jednak gospodarze zafundowali nam jeszcze więcej niezapomnianych wrażeń. Okazało się że DWUKIERUNKOWA droga wiodąca do Kotoru od wschodniej strony zatoki prawdopodobnie została nazwana drogą jedynie ze względów prestiżowych. 4,5 – metrowy pas asfaltu ograniczony z jednej strony  granicą wody i nabrzeżem, do którego cumowano łodzie i łódki, z drugiej strony kamiennymi domkami byłby całkiem komfortowy gdyby nie kilka drobnych szczegółów. Po pierwsze, 4,5 metra było maksimum możliwości tamtejszych drogowców, gdzieniegdzie droga osiągała 3, a nawet 2,5 metra szerokości i uważając aby nie strącić kwiatków z parapetów mieszkańców, trzeba było jednocześnie sprawdzać czy nie zsuwamy się już do wody.  Następną sprawą  były również restauracje i kawiarnie przedsiębiorczych Czarnogórców, którzy otwierali je na parterach domów, urządzając „ogródki” dla klientów po drugiej stronie jezdni tak, że stoliki stały na nabrzeżu lub na specjalnie zbudowanym pomoście. Kelnerzy wyćwiczeni więc byli w lawirowaniu między samochodami, oraz staniu na jednej nodze tuż nad zatoką z tacą w ręku obsługując klientów. No cóż, lokalny folklor bywa często zaskakujący.

Czarnogora-Widok ze wschodniego na zachodni brzegPo pełnej wrażeń i mijanek z autokarami w podwórkach gościnnych mieszkańców dotarliśmy wreszcie do Kotoru. Miasto, które na pierwszy rzut oka idealnie wpisywało się w krajobraz, twierdza otoczona potężnym murem z fosą, z warownią górującą nad całą zatoką okazała się kulturalno – imprezowym centrum zatoki. Pośród średniowiecznych budynków, kościołów, ruin z początku naszej ery można było spotkać imprezowiczów bawiących się w 1,5- tysięcznej dyskotece, różowych od bałkańskiego słońca Rosjan przesiadujących całe dnie w kawiarniach i na tarasach, Serbów szukających odpoczynku nad morzem, Niemców, którzy pływając na swoich olbrzymich jachtach zawinęli do portu i Amerykanów, których ktoś wysadził tu z samochodu, aby pokazać ze 300 lat historii, którymi się szczycą to jednak niewiele. W wieczornym słońcu miasto sprawiało wrażenie zaułka, do którego w średniowieczu chętniej niż handlarze zawijali piraci. Było jednak tak jak Sarajevo dokładnym odbiciem całego kraju - kolejnej wybuchowej bałkańskiej mieszanki, efektu toczących się wojen, nieustannego mieszania się kultur i narodów.  Widok miasta kładącego się spać i zatoki wstającej do pracy o 4 rano miał w sobie coś magicznego. Sprawiał wrażenie że czas zatrzymał się w miejscu już kilkaset lat temu i nie interesuje się ludźmi.

Czarnogora-Widok z restauracji - z pomostuPodróżując po Europie muszę zapewnić, że nigdzie (nawet na Bałkanach) nie znajdziecie podobnych widoków,  ludzi i emocji. Wybierając się w tamte okolice nie warto rezerwować hotelu (wszystkie są drogie:) ). Tam trzeba jechać „na żywioł”. Może znajdziecie miejsce, które się Wam spodoba, a jeśli nie, z całą pewnością życzliwy gospodarz pozwoli wam się za grosze przespać na jego plaży. Gwarantuję że poranne widoki będą niezapomniane. Tylko nie zapomnijcie wziąć namiotu!

Czarnogóra ma jeszcze jedną przewagę – tu walutą  jest EURO.

 

 

 

 


Komentarze (2)
my favourite
2 środa, 08 lipca 2009 14:53
jesteś moim ulubionym reporterem panie Byliniak!:* mistrzostwo!
More! More!
1 środa, 08 lipca 2009 10:27
Panie ekspercie od Bałkanów, czekamy na kolejny tekst!!!:)))

Dodaj swój komentarz

Imię:
Twój email:
Temat:
Komentarz: