Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
USA, Kalifornia, San Francisco
poniedziałek, 01 czerwca 2009 14:41
Grzegorz Filipowicz   

 

Kalifornia, San Francisco

Czasem sobie myślę, że miasta są jak ludzie – różnią się wyglądem, zapachem, brzmieniem, mają swój charakter, duszę, sobie właściwe tempo życia. Tak samo jak inną osobę, również miasto możemy polubić od razu, znienawidzić lub po prostu tolerować, dostrzegając jego wady i zalety. Z tej perspektywy, ja i San Francisco to prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia.

Spędziliśmy w San Francisco siedem dni, widzieliśmy wiele, lecz też wiele zostało do odkrycia. Niemniej, to co zobaczyliśmy i doświadczyliśmy stworzyło obraz miasta oryginalnego, urozmaiconego, jednocześnie otwartego i przyjaznego. Przedostatniego wieczoru, przeskakując po kanałach telewizyjnych natrafiłem na koncert Tony’ego Bennetta śpiewającego nostalgiczną piosenkę „I left my heart in San Francisco”… Mógłbym się podpisać pod tym utworem (choć może sama piosenka jest zbyt łzawa)…

San Francisco to metropolia pięknie wkomponowana w półwysep i zatokę (dla odmiany zostały nazwane odpowiednio: San Francisco i San Francisco), rozpięta gęstą zabudową na kilkudziesięciu (niektóre źródła podają liczbę 40, a inne 48) mniej lub bardziej stromych wzgórzach. Niektóre ze wzniesień stanowią prawdziwy test dla nie tylko dla pieszych (naprawdę można się zmachać), ale także dla hamulców ręcznych w zaparkowanych wzdłuż ulic autach.

W przeciwieństwie do większości amerykańskich miast, jak chociażby Los Angeles, San Francisco jest ukształtowane w europejskim stylu. Może właśnie dlatego tak szybko się tam zaaklimatyzowałem… i tak bardzo polubiłem to miasto…? Tak czy inaczej, San Francisco posiada spójną architekturę, harmonijnie łączącą budynki mieszkalne w wiktoriańskim stylu (pamiętamy serial „Pełna chata”?? :) ), azjatyckim (pokaźna dzielnica Chinatown), czy też nowoczesne biurowce (charakterystyczny wieżowiec Transamerica Pyramid). W dodatku, San Francisco do dziś zachowało na północno-wschodnim wybrzeżu charakter rybackiego miasta, pozostawiając ciąg kilkudziesięciu pomostów, przystani, gromadzących setki mniejszych i większych łodzi.

Najpopularniejszym pomostem jest Pier 39, stanowiący długi drewniany deptak gęsto otoczony sklepikami, kawiarniami, restauracjami, cukierniami, głośną muzyką odtwarzaną z płyt, ale także graną na żywo przez jakieś starszego człowieka-orkiestrę (głównie refleksyjny blues) do późnych godzin nocnych. Atmosfera tego miejsca jest niepowtarzalna i po prostu będąc w San Francisco nie można się tam nie wybrać. Co ciekawe, Pier 39 jest także nazywany pomostem lwów. Powód jest dość prosty. Pier 39 bardzo upodobały sobie lwy morskie, które na specjalnie przygotowanych platformach wylegują się w kalifornijskim słońcu, nic sobie nie robiąc z tłumu gapiów nieustannie robiących zdjęcia.

To, co zdecydowanie przypomina europejski styl, to system transportu miejskiego w San Francisco. Tramwaje (wśród nich jeżdżą wspaniałe zabytkowe pojazdy mające nawet 120 lat!!!), trolejbusy i metro tworzą dość gęstą sieć pozwalającą na sprawne przedostanie się z jednej części miasta do drugiej. Co ważne, sieć metra BART umożliwia na szybką komunikację z terenami przyległymi do miasta. Stąd też wybraliśmy się na trzygodzinną wycieczkę do Berkeley, by zwiedzić kampus jednej z największych i najważniejszych uczelni w Stanach Zjednoczonych. Z zazdrością przechadzaliśmy się przestrzennym parkiem, wspaniałe budynki, mijając przy tym gromady studentów siedzących na trawniku i wkuwających jakiś materiał. Szkoda, że w Polsce nie ma takich ośrodków… ech…

Mówiąc o transporcie, nie można nie wspomnieć o charakterystycznych wagonikach (z angielska: cable cars) stanowiących jeden z symboli San Francisco, a tym samym są jedną z najbardziej obleganych atrakcji turystycznych. Kolejka jest całkowicie w starym stylu. Brak elektroniki, wszystko mechanicznie poruszane za pomocą lin, dźwigni i bezlitosnych sił fizyki. My również odstaliśmy swoje i zaliczając ten punkt programu. Bilet 5 dolarów, wspomnienia gratis.

Każde miasto ma swój Nowy Świat, Piątą Aleję, Pola Elizejskie (nazw jest wiele, a oznaczają mniej więcej to samo – ulicę – wizytówkę, którą po prostu trzeba się przejść). San Francisco oczywiście też coś takiego ma. Market Street, bo o niej mowa, to szeroka, bardzo długa aleja ciągnąca się od wschodniego wybrzeża miasta (rozpoczynając swój bieg spod pięknego, białego, zwieńczonego smukłą 71-metrową wieżą zegarową, dworca portowego – Ferry Building) przez niemal całą szerokość metropolii. Szczególnie pierwsza połowa Market Street to centrum bankowo-finansowe i biurowce a także znany dom handlowy Westfield San Francisco Cetre.

Inną ciekawą ulicą jest też Columbus Avenue pozwalająca przedostać się z samego centrum miasta to wspomnianego już wyżej Fisherman’s Wharf. Spacer tą ulicą pozwala dostrzec cały czar, różnorodność architektoniczną San Francisco. Na odcinku około 1,5 km zobaczymy niskie, skromne kamienice, dalej małe restauracyjki i sklepiki mieszające styl włoski i azjatycki, by wreszcie docierając do części biurowej, dotrzeć do Transamerica Pyramid. 260 metrowa piramida (zbudowana w 1972 roku) stanowi kolejny symbol miasta.

Nie jest łatwo opisać San Francisco, bo to miasto wielu pięknych zakamarków, które zasługują na dwa słowa, lecz wykracza to poza ramy tego krótkiego artykułu. Chciałbym wspomnieć o Coit Tower, 64 metrowej wieży wzniesionej w stylu art deco na stromym wzgórzu Telegraph Hill w 1933. Na sam szczyt wieży wjeżdża się małą windą, a widok z góry jest po prostu wspaniały. Nareszcie można spojrzeć na wieżowce ja równy z równym :). Poleciłbym też spacer jedyną w swoim rodzaju Lombard Street będącą gęsto obsadzoną niskim żywopłotem uliczną spiralą, po której wolniutko, z ostrożnością godną sapera zjeżdżają samochody (Bogu dzięki ruch jest jednokierunkowy). Wreszcie, zachęciłbym do wizyty w Exploratorium położonym nieopodal mostu Golden Gate pomysłowym muzeum nauki, gdzie każdy eksponat stanowi okazję do przeprowadzenia własnego eksperymentu. Świetna zabawa dla dużych i małych. Muzeum przylega do niewielkiego parku z malowniczym stawem i piękną rotundą Palace of Fine Arts, w której organizowane są wystawy. Dla miłośników przestrzeni, ciszy i świeżego powietrza wysłałbym na spacer ścieżką Tidal Marsh po jedynym w swoim rodzaju parku ciągnącym się na plażą pomiędzy niskimi wydmami, porostami i krzakami. Wiatr we włosach, zatoka, widok Golden Gate Bridge i Alcatraz – wszystko gwarantowane. Natomiast kochających klimaty azjatyckich ogrodów bez chwili wahania zaprowadziłbym do Japońskiego Ogrodu Herbacianego (Japanese Tea Garden) stworzonego w ramach Parku Golden Gate. Pietyzm, porządek, drobiazgowość, cisza i pracowitość wręcz wylewają się w każdej alejce tego niewielkiego kompleksu.

Myśląc o San Francisco widzę masę miejsc, szczegółów, które zawsze będą mi się kojarzyć z tym miastem. Ale prawda jest taka, że dla wielu ludzi San Francisco funkcjonuje głównie w cieniu dwóch ikon: Alcatraz i Golden Gate Bridge. Byliśmy w obu miejscach i nie żałuję, choć muszę przyznać, że sławne więzienie trochę mnie rozczarowało. Spodziewałem się zobaczyć dobrze zorganizowany kompleks budynków, a zastałem zbieraninę zaniedbanych obiektów (może za wyjątkiem głównego budynku więziennego) bez dachów, okien, zupełnie jakby na Alcatraz przeszedł front drugiej wojny światowej, a przecież więzienie przestało funkcjonować w 1963 roku. Zawsze uważałem, że nie ma miejsc, których nie warto zobaczyć, są za to miejsca, do których warto wracać. Alcatraz warto zobaczyć i tyle.

Natomiast most Golden Gate zawsze mi się podobał i widok na żywo był dla mnie wspaniały. Monumentalne filary liczące sobie 227 metrów wysokości wzbudzały respekt, a ponad dwukilometrowy spacer po jezdni zawieszonej 67 metrów nad poziomem wody, podziwiając odległą panoramę miasta, zapamiętam na długo.

Dużym zaskoczeniem dla mnie był klimat panujący w San Francisco. Jak się okazało pogoda tam jest bardzo stabilna – wieje cały czas. Dodatkowo, temperatury notowane w San Francisco są raczej niższe niż w pozostałej części Kalifornii, co jest powodowane relatywnie chłodnymi wodami Oceanu Spokojnego, które otaczają miasto z trzech stron. W lipcu średnie temperatury wahają się między 12°C, a 18°C, a w styczniu średnia temperatura wynosi od 7°C do 13°C. I ten wiatr.

San Francisco ma swój klimat, charakter i architekturę, które bardzo mi odpowiadają. Nie ma miejsc, których nie warto zobaczyć, są za to miejsca, do których warto wracać. Do San Francisco trzeba wrócić.

 

 

 

Komentarze (3)
a to ci psikus
3 środa, 03 czerwca 2009 16:14
Raczej powinno sie powiedzieć, że "powiało San Franciskiem" :):):)
a to ci psikus!
2 środa, 03 czerwca 2009 14:42
jeśli to była TWOJA miłość od pierwszego wejrzenia,to naprawdę coś w tym musi być;p;p

Świetny artykuł, POWIAŁO San Francisco!:)
Golden Gate
1 poniedziałek, 01 czerwca 2009 17:34
ach...ta sterta czerwonego żelastwa:))))

Dodaj swój komentarz

Imię:
Twój email:
Temat:
Komentarz: