Ocena użytkowników: / 11
SłabyŚwietny 
Wenezuela, Wybrzeże Karaibskie
Kasia Maria   

Kasia María, czyli słodkie latynoskie pranie mózgu.

Drugie imię przyjęłam radośnie w podmiejskim autobusie bez okien na bezdrożach    niedaleko Maracaibo, naftowej stolicy Wenezueli, kiedy jechaliśmy na typowy  weekendowy wypad na plażę, ze skrzynką piwa, lodóweczką pełną lodu i ręcznikiem. Nadano mi to drugie imię z prostej przyczyny, że po prostu nie mam drugiego imienia,  a u nich mają wszyscy (María albo José, niezależnie od płci!). Więc musieli mnie  uzupełnić… i przystosować, zaadoptować, udomowić… po prostu serdecznie przyjąć  do swojej cudownie gościnnej jednej wielkiej rodziny. Potem doszło Kasita, Kasiarina,  Kasiota de mi corazon, Kasia María de la Concepción Palacios y Blanco, a potem nie     Blanco tylko Morena (tzn. ciemnoskóra)… od zewnątrz i od wewnątrz.

 

Sprzed wyjazdu pamiętam tylko chęć wyjechania jak najdalej stąd. Nie dlatego, że było mi tutaj źle, ale właśnie, że było mi już za dobrze. Za wcześnie było na stabilizację w wieku 24 lat z własną dobrze prosperującą małą firmą… Zamknęłam ją więc i pojechałam na praktykę organizowaną przez organizację studencką Aiesec. Do Wenezueli dlatego, że chciałam przeżyć rok bez zimy.

Wylądowałam w Caracas i bardzo szybko dołączyłam do grupy obcokrajowców w podobnej sytuacji do mojej, a łączyło nas wspólne postanowienie, aby nie stracić ani jednego weekendu nie będąc na którejś z rajskich plaż karaibskiego wybrzeża tego cudownego kraju.

A jest, z czego wybierać. Półtorej godziny drogi z Caracas rozciągają się plaże nadmorskiego miasteczka La Guaira i Higuerote. Nawet autobusem ze stacji metra La Paz bez problemu można tam się szybko dostać nową autostradą (pod warunkiem, że się wyjedzie bardzo wcześnie – przed 7 rano, bo później podróż może się kilkakrotnie wydłużyć z całej wciąż nie wyczerpanej listy mniej lub bardziej racjonalnych, ale w Wenezueli zawsze możliwych powodów: Chavez wyjeżdża, Chavez wraca, Chavez przejeżdża, Chavez ląduje, Chavez stoi na środku lub ciężarówka z piwem się wywróciła, szukają szafa mafii, wypadek rodziny na motorze + pies, obsunięcie ziemi po deszczu, przed deszczem, w czasie deszczu… to dopiero początek, więc naprawdę lepiej wyrobić się przed 7 rano).

La Guaira ma jedną ładną plażę, ale to w sumie już nie La Guaira, tylko playa Larga lub Todasana i są super. Playa Los Caracas jest niczego sobie, szczególnie dla surferów. Ale to na playa Pantaleta spiekłam się na RAKA po raz pierwszy.

Jadąc na zachód od Caracas wjeżdżamy do stanu Aragua, gdzie z miasteczka Maracay można wybrać się na cudowne plaże parku krajobrazowego Henry Pittier. Najpopularniejsze jest Choroni, cudowne rybackie miasteczko, niestety przepełnione turystami. Z niego wsiada się w łódeczkę z motorkiem (la lancha) i można popłynąć na jedną z pobliskich innych plaż, do których dostęp lądem jest chyba praktycznie niemożliwy. W ogóle to i dostęp lądem do Choroni jest praktycznie niemożliwy, ale w Wenezueli niemożliwe staje się możliwe, więc nawet pięćdziesięcioosobowe autobusy z osiemdziesięcioma pasażerami na pokładzie + kierowca + wybiegacz dają sobie radę i regularnie pokonują tę trasę. Pokonują właśnie dzięki wybiegaczowi, ponieważ to on wybiega przed autobus na zakrętach żeby sprawdzić, czy nic nie jedzie z naprzeciwka i czy uda się wyminąć ewentualne przeszkody… w sumie jedyne słuszne i skutecznie rozwiązanie na dwupasmówce o szerokości jednego pasa.

Jedną z tych najcudowniejszych plaż, które są w rejonie Choroni jest Chuao. Chuao Chuao mi amor… Najurokliwsze miejsce pod tropikalnym słońcem. Oddalone chyba najdalej w znanym mi świecie od tzw. trosk dnia codziennego. (Chociaż nieco głębiej w ląd znajduje się też miasteczko Chuao, gdzie z okolicznych plantacji kakaowców produkuje się najwspanialsze kakao na świecie, podobno przeznaczone na eksport.) Chuao to miejsce, gdzie impreza sama przychodzi do ciebie, tylko w chwili, gdy przekroczysz próg baru, ważne tylko, żeby stopa przekraczająca ten próg była biała. Impreza to tzw. „tambores” tańce z akompaniamentem na bębnach, które przetrwały od czasów afrykańskich niewolników. Impreza to oczywiście rum z sokiem z kokosa lub parsiflory (parchita). Impreza to uwodzicielscy i tak sympatyczni prawdziwi „morenos” (tubylcy, najczęściej beztroscy rybacy o skórze koloru cynamonu, a niejednokrotnie o jasnozielonych lub niebieskawych oczach – wynik mieszanek rasowych). Wreszcie to drzemka o zmroku na piasku, który powoli oddaje żar całodziennego gorąca, a po przebudzeniu już tylko gęsto rozgwieżdżone niebo nad głową i… gromadka psów bezpańskich ufnie zgromadzona wokół mnie i równie smacznie śpiąca…

Ta część wybrzeża cechuje się dość głęboką wodą i dość wysokimi wzniesieniami wokół plaż. Piasek jest jednak drobniutki i przyjemny, a temperatury w nocy tylko od grudnia do marca mogą być niekomfortowe (w lipcu można spać bez okrycia na piasku całą noc!).
Godna polecenia jest także plaża Cuyagua, droga do niej jest podobna do tej do Choroni i również wyjeżdża się z Maracay. Jest to jedna z najlepszych plaż do surfowania na świecie, a dodatkowo wpada w tym miejscu do morza niewielka rzeczka, która jest bardzo praktycznym basenikiem dla dzieci, a i przyjemnie jest w niej się opłukać, kiedy już jesteśmy zmęczeni słoną wodą lub gdy fale nie pozwalają na pływanie w morzu.

Dalej na zachód dojedziemy do stanu Falcon. W nim znajduje się jeden z cudów świata: park narodowy Morrocoy. Jest to niewielki archipelag wysepek, nierzadko otoczonych rafką koralową, gdzie bez żadnych zbędnych sprzętów można podziwiać wcale nie nudne podmorskie bogactwo fauny i flory. W miejscowości Chichiriviche należy wsiąść do łódeczki (typu lancha), która dowozi pasażera na wybraną wysepkę i można się także umówić na odbiór po godzinie17. (UWAGA los lancheros są wyjątkowo i niespotykanie punktualni!)

Najbardziej zachwycająca jest wyspa Cayo Sombrero. Nie trzeba jej opisywać, ponieważ każdy z nas ma jakieś wyobrażenie idealnej karaibskiej wysepki bezludnej, gdzie cień palm i błękit wód itd… Cayo Sombrero więc jest dokładnie takie jak sobie wyobrażasz, tylko trochę większe, a poza tym zawiera kilka niespodzianek, które można sobie odkryć, jeśli się chce obejść wyspę dookoła :), aczkolwiek jak się nie chce chodzić i się tylko siedzi albo pływa, to też jest bosko J. Jedyna wada – wyspa ta nie jest niestety bezludna.

Podobno są też piękne plaże w stanie Sucre na wschodzie kraju i niektórzy lubią plaże okolic Coro (między Morrocoy i jeziorem Maracaibo), ale po tych wyżej opisanych niestety nie jestem do nich przekonana, więc radzę sobie je obejrzeć przed wyprawą do Choroni albo do Morrocoy.

Nie samą plażą żyje człowiek.

Wenezuela ma jeszcze wiele innych miejsc do zaoferowania. Należą do nich ruchome wydmy w Coro, pierwsze kolonialne miasteczko Cumana w stanie Sucre (z przyległymi plażami), miasto Merida i otaczające je Andy (uwaga, to tam znajduje się najdłuższa i najwyżej wjeżdżająca kolejka górska na świecie), odjechaną w kosmos kulturę rodem z lat 70 w USA (sądząc po samochodach i pojazdach autobuso-podobnych) miasta Maracaibo, gdzie nawet przygodność losu autostrady z Caracas na La Guaira wysiada przy pomysłowości maracuchos.

Jest jeszcze cały region południowo-wschodniej dzikiej Wenezueli. Rzeka Orinoko, dorzecza Amazonki oraz magiczny rejon Gran Sabana, gdzie to znajduje się najwyższy wodospad świata Angel Falls (Salto Angel) i najstarsze wzniesienia górskie typu Tepuy. Widoki były cudne, wręcz mistyczne, (szczególnie noc w hamaku w takiej ciemności, że własnego palca nie było widać, a co dopiero rozkoszować się Salto Angel by night, ale nad ranem już było trochę więcej widać.) Wycieczki radzę kupować w biurach podróży na lotnisku w Ciudad Bolivar, do którego łatwo dojechać z Caracas autobusem (np. linii Rodovias czy Aeroexpresos Ejecutivos, które mają prywatne terminale w stolicy i komfortową flotę.)

Wróciłam chyba trochę inna, bo kultura latino mnie po prostu uwiodła. Wyjątkowe przyjaźnie, zasmakowanie w nieprzewidywalności życia i … nabranie zaufania do nieznajomych, którzy kiedy trzeba to nawet zapłacą podatek na lotnisku, kiedy moja karta VISA nie zadziała i będę bezradnie siedzieć i płakać ze strachu, że stracę lot powrotny do domu.

Komentarze (3)
chyba tam wyjadę
3 czwartek, 17 czerwca 2010 11:52
Po przeczytaniu tego artykułu, chyba zdecyduję się tam wyjechać w tym roku. Od dawna Wenezuela jest u mnie na liśie, i o wysoko. Ale dotychczas się bałam. Po Pani tekście, poczułam głód tego miejsca!
THE BEST OF GREMINA!!!
2 środa, 02 czerwca 2010 23:11
To się nazywa raj na ziemi!!!i lekkie pióro:) czyta się jak w hamaku, popijając mleko kokosowe:)
:)
1 poniedziałek, 06 kwietnia 2009 17:38
Po przeczytaniu mam ochotę iść do pobliskiego biura podróży i wykupić sobie wycieczkę do Wenezueli. Obawiam się że bym stamtąd nie wróciła:) Gorące słońca, malownicze plaże, fantastyczni ludzi?- czy to istnieje naprawdę? a Może to NIBYLANDIA? Cudnie Kasiu:*

Dodaj swój komentarz

Imię:
Twój email:
Temat:
Komentarz: